09.11.2019

Tutaj nie chodzi o wiek, ale o stan skóry! Dermoindukcyjny krem na dobranoc - Krystyna Janda - Analiza składu



Nie oszukujmy się, każdy z nas kiedyś spojrzy w lustro i zobaczy w jego odbiciu pierwszą zmarszczkę czy siwy włos. 
Niby nic się nie dzieje, a jednak staramy się przeciągnąć tę chwilę w nieskończoność. Przecież jesteśmy młode duchem, a tutaj taki psikus?! No cóż... dorosnąć i zacząć się starzeć trzeba z klasą - tak mówią. Należy pokochać samą siebie, aby zaakceptować zmiany, które z upływem czasu i tak zaznaczą w naszym wyglądzie swoje piętno. Każda moja bruzda na twarzy odpowiada za jakieś życiowe trudy, z którymi się zmierzyłam, a każdy popielaty włos, to oznaka moich zmartwień i trosk, przez które zarwałam niejedną, samotną noc. Być może zaczęłam walkę z tymi oznakami zbyt późno, ale czy na prawdę jakość mojego życia zależy od takich detali?
 Nie sądzę. Ten kto przeżył w swoim życiu prawdziwe dramaty, nie skupia się na rzeczach nieuniknionych, stara się je zaakceptować
 i zadbać o swój komfort istnienia.


Jako nastolatka długo opierałam się przed stosowaniem kremów do twarzy. Wiedziałam, że jest to produkt niezbędny i konieczny
 w codziennej pielęgnacji, a jednak używałam go dosyć sporadycznie. Nasilające się niedoskonałości, stany zapalne i rumień na twarzy, absolutnie nie akceptowały żadnej tłustej mazi! Po każdej aplikacji kremu (nieważne jakiego), nasilały mi się wszelkie problemy z trądzikiem i choć dzisiaj brzmi to niebywale, to uwierzcie mi - próbowałam wszystkiego! Wizyty u ginekologa czy dermatologa, także nie przynosiły skutków, więc z dwojga złego wolałam rezygnować z użytkowania kremów i tak do 25 roku życia. Po tym czasie zaczęłam prowadzić bloga, a co za tym idzie, podjęłam kolejne próby w kwestii moich pielęgnacyjnych zawirowań.
Na markę Janda [KLIK] miałam chęć właściwie od kiedy pamiętam! Nie wiedzieć czemu zawsze była ona dla mnie wyznacznikiem luksusu i kobiecości. Tak wiem, że jest to marka skierowana dla kobiet dojrzałych, jednak już od dawna zaczęłam zauważać, że tutaj nie chodzi o wiek, ale o stan skóry!


W mojej kosmetyczce wylądował Dermoindukcyjny krem na dobranoc z siłą szafirowego nośnika, który ma za zadanie zredukować 
i wypełnić zmarszczki od wewnątrz [KLIK]. Produkt jest przeznaczony dla kobiet w wieku 45+. Mój licznik wieku jeszcze nie osiągnął takiej liczby, jednak czy to oznacza, że krem nie sprawdzi się na mojej skórze lub mi zaszkodzi?? Absolutnie nie!


Skład: Aqua (Water), Glycerin, Hydrogenated Polydecene, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Ethylhexyl Palmitate, Trifluoromethylc1-4 Alkyl, Dimethicone, Cyclopentasiloxane,  Squalane, Decyl Cocoate, Arachidyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Argania Spinosa Kernel Oil, Sesamum Inicodium Seed Extract, Tocopherol, Rosa Centifolia Flower Extract, Jasminium Officinale Flower Extract, Bellis Perennis Flower Extract, Hyaluronic Acid, Dimethyl Isosorbide, Arachidyl Glucoside, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Petrolatum, Isohexadecane, Tocopheryl Acetate, N-prolyl Palmitoyl Tripeptide-56 Acetate, Palmitoyl Tripeptide-28, Polysilicone-11, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Diethylhexyl Syringylidene Malonate, Polysorbate 80, PEG-8, Sorbitan Oleate, Pentylene Glycol, Sodium Carrageenan, Ascorbyl Palmitate, Caprylyl Glycol, Ascorbic Acid, Sea Salt, Citric Acid, Syntetic Saphire, Glyceryl Caprylate, Propanediol, Glutathione, Triethanolomine, Parfum/Fragrance, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Propylparaben, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Butylphenyl Methylpropional, Benzyl Salicylate, Citronellol, Limonene, Linalool.

Nie jestem ekspertem od składów kosmetyków, jednak chciałabym wprowadzić do moich recenzji nieco więcej przydatnych dla Was informacji, tym razem pokuszę się więc o krótką interpretację powyższych zawiłości.
Na początku składu znajdziemy substancje silnie nawilżające (filmotwórcze), które zapobiegają odparowywaniu wody z naskórka.
 Tuż za nimi jest alkohol arachidylowy - wpływa na konsystencję produktu kosmetycznego powodując wzrost lepkości. Ponadto pełni rolę stabilizatora emulsji (np. kremów), chroni przed rozwarstwieniem i przedłuża trwałość. 
Warto jednak zaznaczyć, że może on powodować powstawanie zaskórników! 
Ponadto mnóstwo ciekawych składników takich jak: ekstrakty z kwiatów róży, stokrotki czy jaśminu, kwas hialuronowy
olejek z nasion soi, olej z nasion makadamia i Witamina C.
Kontrowersyjną substancją jest tutaj na pewno Disodium EDTA. Co to takiego? Jest to kwas wersetowy, substancja pochodzenia syntetycznego, która działa rakotwórczo, dlatego też tego kremu nie powinny stosować kobiety karmiące piersią 
lub będące w ciąży! To samo tyczy się Polisorbatu 80; jest to konserwant, substancja szkodliwa, która może wykazywać toksyczny wpływ na ciało człowieka.


Szklane opakowanie, konsystencja kremu i jego zapach są tutaj idealnym combo, które jest wyważone w najmniejszym calu. 
Aromat kwiatowych, luksusowych perfum to atut kobiety zadbanej i pewnej siebie. Natomiast kremowa, gęsta konsystencja świadczy
 o przemyślanym i treściwym działaniu producenta, który doskonale zdaje sobie sprawę, że u niewiasty w wieku 45+ nie przejdą żadne lelum polelum.
Działanie kosmetyku jest niejednoznaczne; w okolicach czoła czy policzków, krem doskonale ujędrniał i nawilżał moją skórę, która wyglądała jak napompowana, jednak w okolicach żuchwy, gdzie moje problemy skórne wychodzą na pierwszy plan, krem wywoływał delikatny trądzik. Podejrzewam, że głównym winowajcą zaistniałej sytuacji jest tutaj gliceryna, która znajduje się już na drugim miejscu w składzie. Osoby z cerą problematyczną wiedzą o czym mówię, ponieważ mało kto wie, że ten składnik jest aknegenny i komedogenny. Co to oznacza? Gliceryna pośrednio przyczynia się do powstawania trądziku pospolitego lub do zaostrzenia już istniejących zmian trądzikowych. Większość produktu zużyłam więc do pielęgnacji dekoltu i szyi.

Cena: 65,99 zł. /50 ml.




05.11.2019

Wszystko co warto wiedzieć o maskach w płachcie - Goodbye Redness Centella Mask Pack Benton



Nie myślałam, że wrócą jeszcze te piękne, słoneczne dni, którymi obdarowywało nas zeszłoroczne lato, a tu taka niespodzianka! Przyznacie, że zdecydowanie przyjemniej jest mierzyć się z trudami nowego tygodnia, kiedy za oknem panuje iście letnia aura. 
 A jeszcze cudowniej znaleźć w okresie jesiennym czas na pielęgnacyjne rytuały, które wzmocnią warstwę hydrolipidową naszej skóry przez zimą. 


Maski w płachcie działają jak super odżywczy kompres dla naszej skóry. W zależności od rodzaju, tkaniny nasączone są substancjami nawilżającymi, rozświetlającymi, oczyszczającymi, wygładzającymi czy rewitalizującymi.
Wykorzystuje się między innymi ekstrakty z róży, aloesu, mucyny ślimaka, pereł, ryżu, węgla, zielonej herbaty, a nawet wody z lodowca.
____________________________________________________
Kosmetolog radzi:
 
Kupując maski w płachcie, należy wziąć pod uwagę z jakiego materiału są wykonane. Sprawdźmy czy są to włókna sztuczne 
 (m.in. wiskoza) czy syntetyczne (m.in. poliester i poliamid). Lepsze dla naszej skóry są włókna sztuczne. Wbrew nazwie powstają one bowiem ze składników naturalnych.
____________________________________________________ 

 Ceny tych masek są różne, od kilku złotych do nawet 150zł za sztukę. Ja nie kupuję masek droższych niż 20 zł. Nakładam je dwa, czasem trzy razy w tygodniu, więc wydatek na taki jednorazowy rytuał i tak jest dosyć wysoki.
Wokół tego typu produktów krąży wiele mitów, a jeszcze gorszą rzeczą jest fakt, że kobiety używają ich w niepoprawny sposób. Wiecie, że te popularne błędy mogą przyczynić się do tego, że uzyskamy odwrotny efekt? Zamiast skórę nawilżyć zabierzemy z niej wodę!
___________________________________________________
Kosmetolog radzi:
 
Przed nałożeniem maski zawsze, należy wykonać peeling, by składniki aktywne, zawarte w produkcie lepiej się wchłonęły.
____________________________________________________

Jak poprawnie używać masek w płachcie?

 

1. Zaczynamy od demakijażu. Według koreańskiej pielęgnacji demakijaż powinien być dwuetapowy. Najpierw olejek, potem żel na bazie wody. Najlepiej robić demakijaż za pomocą dłoni. Płatki kosmetyczne odchodzą do lamusa. Pocieranie skóry, a już zwłaszcza w złych kierunkach zrobi więcej złego niż dobrego.
2. Nakładamy tonik. I tutaj też polecam zrobić to za pomocą dłoni. Świetną opcją są też toniki z atomizerem. Tonizowanie to coś co powinnyśmy robić po KAŻDYM myciu czy demakijażu. Tonik nie tylko przywraca skórze naturalny współczynnik pH, ale też nawadnia cerę, ujędrnia skórę i przede wszystkim usprawnia wnikanie substancji odżywczych z innych kosmetyków.
3. W końcu możemy nałożyć naszą maskę. Wyjmujemy ją z opakowania, pozbywamy się folii ochronnej (jeśli takowa jest)
 i nakładamy ją na twarz. Ważne jest to, by maska idealnie przylegała do twarzy, pęcherzyki czy załamania powinny zostać zniwelowane. Nie wyrzucajcie opakowania bez dokładnego wyciśnięcia z niego resztek produktu. Wsmarujcie je w szyję, dekolt czy ramiona.
4. Maskę ściągamy po 15-20 minutach. Sugerujemy się czasem podanym na opakowaniu. To ważne! Zapewne część z Was po tych 20 minutach myśli sobie “Aaa co tam! Potrzymam jeszcze chwilę, efekt będzie lepszy, a skóra bardziej nawilżona”. Błąd! Jeśli maskę będziemy trzymać zbyt długo, płachta wyschnie i zacznie wyciągać wilgoć z naszej skóry.
5. Po ściągnięciu płachty, wsmarowujemy okrężnymi ruchami resztki esencji, a następnie nakładamy krem oraz krem przeznaczony do delikatnej skóry wokół oczu. To jest absolutnie konieczne! Pamiętajcie, na masce rytuał pielęgnacyjny się kończy!

Jaką maskę w płachcie polecam?

 

W ostatnim czasie bardzo polubiłam się z maseczką łagodzącą podrażnienia Goodbye Redness Centella Mask Pack 
od Bentona [KLIK].


Oparty na celulozie ekologiczny arkusz Eco-friendly S-Cell Sheet nasączony jest hydrolatem z wąkroty azjatyckiej o działaniu antybakteryjnym, przeciwzapalnym, wspomagającym gojenie się drobnych ranek. Natomiast trójterpenowe składniki wąkroty stymulują skórę właściwą do wytwarzania kolagenu. Maska wzmacnia bowiem ścianki naczyń krwionośnych, co wpływa na zniwelowanie rumienia.
 Maska polecana jest w pielęgnacji skóry odwodnionej, podrażnionej, naczynkowej, z niedoskonałościami.

 Skład: Centella Asiatica Leaf Water, Aqua (Water), Glycerin, Pentylene Glycol, Butylene Glycol, Microcrystalline Cellulose, Centella Asiatica Extract, Sodium Gluconate, Sodium Hyaluronate, Propanediol, Dipotassium Glycyrrhizate, Asiatic Acid, Madecassic Acid, Asiaticoside, Madecassoside, Portulaca Oleracea Extract, Xanthan Gum, Cellulose Gum, Caprylic/Capric Triglyceride, Hydrogenated phosphatidylcholine, 1,2-Hexanediol, Sucrose Stearate, Cetearyl Alcohol.

Testowałam wiele masek, ale ta przypadła mi wyjątkowo do gustu. Moja szara, tłusta i problematyczna cera jest na prawdę wymagająca i po wielu kosmetykach, które mają pomóc w walce z rumieniem i trądzikiem następuje efekt odwrotny, czyli kolejny wysyp niedoskonałości. Jeśli trafię zatem na wyjątkowy produkt, który ukoi moje podrażnienia, to jestem niesamowicie zadowolona.
Nie będę Was czarować, że Goodbye Rednessnie zlikwidował mi osobistych zwiadowców w okolicy żuchwy, co to, to nie! Ale już samo ukojenie i złagodzenie ich zaognienia bardzo mnie usatysfakcjonowało. Zazwyczaj efekty po maskach w płacie nie są widoczne i spektakularne, jednak tutaj dostrzegłam potencjał w słowach producenta. Jego obietnice zostały spełnione, a moja cera ,,wyleczona", jak po dobrej jakości opatrunku. 
Zdecydowanie sięgnę po tę maseczkę jeszcze niejednokrotnie!



02.11.2019

Minimalizm, a co to takiego? Nowości w mojej kosmetyczce



W ostatnim czasie bardzo mocno przywiązuję uwagę do zużywania moich kosmetycznych zapasów. Wiadomo, termin ważności kiedyś się kończy, a testowanie nowości też kusi... 
I wszystko wyglądałoby gładko i przyjemnie, gdyby nie... spotkania blogerek! 
Czas spędzony z dziewczynami jest najlepszym momentem jaki może spędzić mężatka zawalona robotą. Chwila relaksu i wytchnienia przy jesiennej latte wśród blogerek, które mają takiego samego bzika na punkcie kosmetyków jak ja, to doskonała odskocznia od szarych realiów dnia powszedniego, jednak kolejne torby wypełnione po brzegi nowościami wywołują na mojej twarzy zarówno uśmiech, jak i przerażenie. Ilość zapasów powoli mnie przytłacza i daje do zrozumienia, że albo pora przystopować, albo czas zacząć zużywać je jeszcze intensywniej!


Zanim jednak obiorę swoją ścieżkę działania na najbliższe miesiące, pokażę Wam kolejne nowości, które przywiozłam 
z Lubelskiego Zlotu Straszydełek 2019.


 Laq [KLIK] to marka, która słynie z dosyć kontrowersyjnego i swojskiego podejścia do kosmetyków. Producenci wypuścili na rynek m.in. hitowe musy do mycia twarzy, fikuśne mydełka, kule do kąpieli oraz żele pod prysznic, wyróżniające się zabawnymi opisami. Wszystkie produkty wyróżnia jedna wspólna cecha: piękny, niespotykany zapach.


 Jeżeli jesteśmy przy zapachach to warto wspomnieć również o Francuskich Perfumach [KLIK]
Jest to sklep, w którym znajdziemy odpowiedniki kultowych perfum takich jak: Hugo Boss, Jimmy Choo, Armani, Lady Gaga czy Lancome. Cena za flakonik o pojemności 30 ml jest wręcz symboliczna i wynosi zaledwie 12 zł.


Dwa zestawy nawilżających emulsji do opalania i sorbetów po opalaniu od marki Kolastyna [KLIK] zaskoczył chyba każdą z nas. 
Mamy październik, a tutaj takie dobroci?? 
Termin ważności tych kosmetyków to jednak całe dwa lata, więc ochronę przed wakacyjnymi kąpielami mamy zapewnioną na długi czas.


Z bazami pod makijaż próbowałam już wielokrotnie, jednak za każdym razem coś było z nimi nie tak, jak być powinno. Albo mój makijaż wyglądał jak jedno ciastko, albo po kilku dniach na mojej twarzy pojawiali się zwiadowcy-radarowcy, którzy koniecznie musieli wyjrzeć i zobaczyć o co kaman? 
Do Bielendy [KLIK] podchodzę więc z wielką rezerwą. Przetestuję, aczkolwiek nie nastawiam się na kosmetyczne uniesienia.


 Jeszcze kilka miesięcy temu twierdziłam, że marka Indigo [KLIK] jest przereklamowana, a jej wielki sukces to głównie zasługa wielkich kampanii z youtuberami. Dzisiaj nie pałam do niej miłością dozgonną, ale ze spuszczoną głową, stwierdzam, 
że balsamy do ciała mają bardzo intrygujące.


Wiem na czym polega fenomen hydrolatów do twarzy marki KEJ [KLIK], jednak nadal nie przekonuje mnie to do ich użytkowania. Czasami w naszej mentalności po prostu już tak jest, hamulec zwolniony, a samochód dalej nie jedzie...


Szykując się na spotkanie, ubolewam nad tym, że w mojej kosmetyczce skończyły się wszystkie moje ulubione cienie do powiek. Totalne pustki, zero, null...! Otwierając więc paczkę od marki Essence [KLIK] od razu zwróciłam uwagę na te dwie wakacyjne paletki. Może nie mają one wymarzonych kolorów i pigmentacji level hard, jednak dla takiego makijażowego laika jak ja, 
w zupełności wystarczą.


Kolejne filtry przeciwsłoneczne do twarzy od EkoZuzu [KLIK], to już totalne szaleństwo, jednak ten krem wylicytowałam
 z myślą o prezencie dla bliskiej osoby. Jest w 100% naturalny i posiada w swoim składzie substancje nawilżające.


Ostatnim produktem jest roślinna maska nawilżająca od marki Uzdrovisco [KLIK]. Już samo opakowanie wskazuje, że jest to produkt naturalny i eco friendly, a za taką kategorią kosmetyków nie przepadam zbyt mocno. Nigdy nie wpłynęły one na moją cerę jakoś rewelacyjnie, a i ich zapachy pozostawiają wiele do życzenia.
 Jednak jak to mówią, nie oceniaj książki po okładce...
Jestem po pierwszym użyciu i na pewno przygotuję recenzję na temat tego produktu.


Jak widać minimalizm w moim słowniku nie występuje, aczkolwiek pamiętajcie, że moja praca wymaga dużych nakładów kosmetycznych; aby przygotować kolejne recenzje do publikacji potrzebuję mieć materiał do testowania.